16 gru 2015

ESH i święta

Wielebna zwana ESH tworzy biżuterię do nowej, zimowej kolekcji. Wytwory me wszelkie można oglądać na facebook'u (najedź myszką). Zapraszam do oglądania, lubienia, komentowania, uwag dodawania i kupowania oczywiście!

Poza tym mam choinkę! To moja pierwsza choinka w domu odkąd mieszkam w tych stronach, a mieszkam juz chyba 11 lat! Choinka stanąć musiała, gdyż tym razem to do mnie zjeżdża rodzinka na święta. Coś czuję, że w ferworze świątecznych przygotowań niewiele będę miała czasu na pisanie... 

Poniżej kilka zdjęć niepublikowanych przez ESH na tzw. fanpage na FB. Tylko dla Was!
Hohohoho! Mikołaj leci :)







10 gru 2015

100 lajków, święta i seledynowe pola


Wielebna jest zajęta, dlatego też mało bywa na blogu. A to za sprawą stworzonej przeze mnie strony na facebook'u o nazwie ESH. Jest to strona z bizuterią, nie byle jaką biżuterią, bo własną mą ręką tworzoną (w skrócie: ESH to Wielebna, Wielebna to ESH). Przez ostatnie 2 dni odwiedziło ją ponad 100 osób! Co też zaskutkowało przedświątecznymi zamówieniami, nad którymi będę teraz siedziała wieczorami. Nawet nie mam czasu na Singielkę - serial, o którym pisałam już wczesniej. A jeśli doszło już do tego zaniedbania, może to jedynie oznaczać, że prawdziwie nie mam tymi późnymi wieczorami ani czasu, ani siły :)



Poza tym cieszę się narastającym przedświątecznym klimatem. Współlokatorki uparły się, że w tym roku musimy mieć chionkę (zazwyczaj miałyśmy tylko dekoracje). Zamówiłam już pięknego, drewnianego renifera - ręcznie wyciętego przez narzeczonego koleżanki z pracy. Koleżanka z pracy również wciągnęła się w robienie biżuterii, tworzy piękne koralikowe bransolety - Madame-Beads!

Jadąc codziennie autobusem do pracy przyglądam się bezśnieżnym, ale za to cudownie seledynowym polom. Jakoś mało nastrou przedświątecznego w otaczającej przyrodzie.. Trudno, dobrze, że mam chociaż ten seledyn :) Dzięki takim widokom polubiłam ten kolor, wcześniej kojarzył mi się z obrzydłą, wyblakłą farbą na starych ścianach. Jadę tak sobię, patrzę i czerpię siły na nowy dzień. I myślę, że prawda to jest to, co za oknem i Ten w górze. Reszta to dodatki. 100 lajków to dodatek. Dwie kropelki uciekły koncikami oczu. Z roku na rok coraz częściej w takich chwilach rozmyślań towarzyszy mi mokrookie Wzruszenie. Patrząc codziennie przez okno autobusu przypomina mi się często wiersz, który napisałam pewną jesienią właśnie, wracając z mojej wschodniopolskiej Narni na Wielkopolskę.
  
ponownie zostawiam
wschodnią stronę życia
ten sam niezmiennie
film w oknie pociągu

seledynowe pola
przetarte jesienią
ciemne plamy lasów
zakończone szlaczkiem
brunatne strumyki
przerośnięte trawy
spiczaste kościoły
mgłą osnute domy

przełamujące
w tle stukotu torów
uciekającą
linię horyzontu

Jak widać, lubię okna :) 

27 lis 2015

Herrnhut. Historia niewygasła.

Za mną kilka dni urlopu, przede mną sporo pracy.. aż do świąt, na które teraz już tylko czekam. W ostatni weekend wraz ze znajomymi znowu odwiedziliśmy Herrnhut. Miejscowa wspólnota chrześcijańska [przy tzw. Jesus Haus] zorganizowała 100 godzin nieustannej modlitwy i uwielbienia [uwielbienie czyt. wyrażanie swojej czci i miłości do Boga poprzez śpiew, granie i taniec]. Przyjachało wiele grup muzycznych z różnych stron świata, było wielokulturowo, wielodenominacyjnie, wielopokoleniowo. Ale cel był jeden i jedno serce :)


Herrnhut (znane także jako czeskie: Ochranov) jest miejscowością godną szczególnej uwagi. Dotrzeć jest tam bardzo prosto, gdyż znajduje się jedyne 30 km od przejścia granicznego Gorlitz - Zgorzelec. Herrnhut to miejscowość założona w 1722 roku w dobrach hrabiego Zinzendorfa (Nikolaus Ludwig von Zinzendorf) przez kilku braci morawskich uciekających przed prześladowaniami mającymi miejsce w Czechach. Był to okres masowego opuszczania Czech przez represjonowanych protestanów w poszukiwaniu wolności religijnej. Posiadłość hrabiego Zinzendorfa stała się schronieniem dla niedużej grupy tych emigrantów. Stąd też zapewne i sama nazwa miejscowości, gdyż Herrnhut przetłumaczyć można jako "straż Pańska" lub "pod opieką Pana".

Historię duchowego przebudzenia w Herrnhut oraz jego póżniejszego szerokiego wpływu zaczerpnęłam ze strony Instytutu Rozwoju Didaskalos:

Przełomowym dniem w historii tej miejscowości był 13 sierpień 1727 roku.  W czasie pamiątki Wieczerzy Pańskiej mieszkańcy doświadczyli wylania Ducha Świętego, podobnie jak pierwszy kościół w Jerozolimie w dniu Zielonych Świąt. W wyniku tego błogosławieństwa od Boga nastąpiła przemiana życia miejscowości widoczna w jakości życia jego mieszkańców oraz ich gorliwości w modlitwach. Powołano straże (grupy) modlitewne, które na zmianę modliły się przez 24 godziny na dobę. Modlitwa ta trwała przez ponad 120 lat.

Wkrótce u tych ludzi zrodziło się wielkie pragnienie wstawiania się o ludzi w innych krajach, którzy nie słyszeli jeszcze Ewangelii Jezusa Chrystusa, bądź nigdy go nie doświadczyło w osobistym życiu. W ciągu następnych lat wysłano setki misjonarzy na wszystkie kontynenty. Powstały liczne pieśni, wydano pierwszy protestancki śpiewnik, dzieła, przewodniki do studiowania Biblii przetłumaczone na kilkadziesiąt języków i wykorzystywane przez różne kościoły protestanckie. Herrnnhut stało się znane w świecie jako miejsce pierwszej protestanckiej wspólnoty chrześcijańskiej organizującej misje po całym świecie. (...)

Ruch przebudzeniowy zrodził Kościół Morawski (Bracia Morawscy, Moravian Church), wpłynął na nawrócenie ojców Kościoła Metodystycznego Jana i Karola Weslejów i był źródłem ewangelickiego przebudzenia w Anglii. Ruch ten był przykładem życia, poświęcenia, wytrwałości i heroizmu dla licznch kościołów w XVIII wieku i w następnych pokoleniach. Nawet życie wspólnoty było inspiracją i wzorem dla powstania i istnienia izraelskich kibuców. Nie sposób opisać w kilku zdaniach o ważności i wydarzeniach, które miały miejsce, a są spisane w wielu tomach ksiąg.


Sam hrabia jest niezmiernie interesującą postacią. Wychowała go babcia, kobieta o poglądach pietystycznych (pietyzm). Miała duży wpływ na rozwój duchowy wnuka. Hrabia, pomimo zakończonych studiów prawniczych, a natępnie pracy na stanowisku radcy na dworze drezdeńskim, wybiera poświęcenie się pracy duszpasterskiej w społeczności braci morawskich w Herrnhut. Niestety działalność tej chrześcijańskiej grupy nie była mile widziana, szczególnie przez władze ortodoksyjnego koścoła ewangelicko-luterańskiego, jak i przez otoczenie króla, na ktorego rozkaz Zinzendorf musiał sprzedać swój majątek i opuścić kraj. Hrabia przekazał majątek żonie, a sam udał się w podróż życia wiodącą przez Stralsund, Tybingę, Anglię aż do Ameryki (tam pozanał Johna Wesleya). Po drodze pracował jako nauczyciel, później jako pastor, zakładając liczne protestanckie wspólnoty. Wiele lat później tułaczka w końcu się skończyła, gdyż rząd pozwolił mu powrócić do domu. Tam spotkania braci morawskich przerodziły się już w silny ruch misyjny.

pan hrabia
Więcej o historii miasta Herrnhut, jego duchowym przebudzeniu oraz hrabim Zinzendorf przeczytać można w książce John'a Greenfield "Moc z wysokości". Zaczerpniętym z niej cytatem zakończę moje opowiadanie:


„Ochranov [Herrnhut] stał się duchowym miastem leżącym na górze, które nie mogło pozostać w ukryciu. Ze wszystkich krajów Europy przybywali tutaj ludzie, aby znaleźć zbawienie, bądź zostać ochrzczonym Duchem Świętym.”









7 lis 2015

Zmęczenia

Każdy ma swoje zmęczenie. Dla każdego własne zmęczenie wydaje się największe, choć dobrze wiemy, że tłumy ludzi mają w życiu dużo trudniej. Czasami po prostu potrzebujemy się nad sobą porozczulać. Pozwólmy sobie i innym na to. Niech z nas to spłynie. A spływa najlepiej w ciepłym słowie bliskiej osoby, przytuleniach akceptacji, aprobaty i zrozumienia. Serce lubi być czasem wyżalone i wysłuchane, lubi sobie popłakać nie ukrywając łez. Najgorszym "lekarstwem" na zmęczone serce jest przyjaciel z misją udowadniania nam stanu odmiennego... że nie jest jeszcze tak źle, że trzeba się ogarnąć, bo ludzie mają dużo gorzej (np. tenże przyjaciel)... 

Dziś młody, nieznajomy mężczyzna ustąpił mi miejsce w kolejce w sklepie spożywczym. Zrobił to z tak serdecznym uśmiechem, że wychodząc ze sklepu wzruszyłam się do łez... Zmęczenie jest głodne serdeczności i zrozumienia.

Jadąc do pracy myślałam o jesieni. Jesień to stan przejściowy, stan przygotowania do odpoczynku. Przez ponad dwa sezony przyroda pracowała niestrudzenie, teraz nawet ona potrzebuje odpocząć. 

A z nią rolnicy. Pamiętam czas dzieciństwa, kiedy mieszkałam z dziadkami - rolnikami. Wiosną i latem dziadek z babcią od świtu do nocy byli na nogach. Dzień rozpoczynał się nierzadko o czwartej nad ranem. Najpierw wyprowadzanie krów na pola, dokarmianie drobiu podwórkowego, potem babcia zabierała się za przyrządzanie śniadania. Dziadek już zaprzęgał konia, aby zaraz po posiłku wskoczyć razem na wóz i jechać na pole. Koń zazwyczaj sam znał drogę, więc mogli sobie jeszcze dospać na furze. Jesienią zbiory i słoiki na zimę, ale już noce były nieco dłuższe. Nie narzekali. Niestrudzenie całymi, pracowitymi dniami doglądali roli, trzody i domu. Tempo życia dyktowała przyroda. Gdy w końcu zabierała się do zimowego odpoczynku, dawała odpocząć i dziadkom. Wtedy pozostawało tylko dokarmianie zwierzyny, dojenie krówek, dziadek mógł sobie spokojnie pomajsterkować, babcia robiła na drutach lub piekła drożdżowe bułeczki (o, jak tęsknię za tym czasem!). Byt zimowy wiódł się powoli, dawał się wyspać pod ciepłą pierzyną, nacieszyć rodziną i domem. Lubiłam zimę, bo przyprowadzała wszystkich do domu, łącznie z sąsiadami i podwórkowymi kotami.

Mój byt zimowy, czy też letni niezmiennie taki sam. 

Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem:

Jest czas rodzenia i czas umierania, czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasądzono, czas zabijania i czas leczenia, czas burzenia i czas budowania, czas płaczu i czas śmiechu, czas zawodzenia i czas pląsów, czas rzucania kamieni i czas ich zbierania, czas pieszczot cielesnych i czas wstrzymywania się od nich, czas szukania i czas tracenia, czas zachowania i czas wyrzucania, czas rozdzierania i czas zszywania, czas milczenia i czas mówienia, czas miłowania i czas nienawiści, czas wojny i czas pokoju. 

Cóż przyjdzie pracującemu z trudu, jaki sobie zadaje? Przyjrzałem się pracy, jaką Bóg obarczył ludzi, by się nią trudzili. Uczynił wszystko pięknie w swoim czasie, dał im nawet wyobrażenie o dziejach świata, tak jednak, że nie pojmie człowiek dzieł, jakich Bóg dokonuje od początku aż do końca.

Poznałem, że dla niego nic lepszego, niż cieszyć się i o to dbać, by szczęścia zaznać w swym życiu. Bo też, że człowiek je i pije, i cieszy się szczęściem przy całym swym trudzie - to wszystko dar Boży. 

Ks. Koh. 3;1-13





2 lis 2015

szare poranki


październikowy szary poranek na przystanku autobusowym



Z czasem dojrzewamy do zauważania piękna szarych poranków - pomyślałam stojąc na przystanku autobusowym w drodze do pracy. Szare poranki są ciche i pokorne. Nie narzucają się ze swoim pięknem, nie błyszczą w blasku silnych słonecznych promieni, ani nie stroją w jaskrawe kolory. Po prostu są. Znoszą nas - narzekających na zimno i deszcz, nas zaspanych i osowiałych. Zamiast patrzeć na czubki swoich butów podnieśmy wzrok, popatrzmy w dal, przywitajmy się z nimi. Odwdzięczą się widokiem mgły tajemniczo unoszącej się nad ziemią, muśnięciem wiatru we włosach lub kroplą deszczu na policzku. Czy możemy się zaprzyjaźnić? Możemy, oczywiście.


27 paź 2015

Zawodowy snajper i ja, czyli sympatyczny powrót do domu


Nastał czas powrotu. W niedzielę wieczorem udałam się w podróż do domu. Pożegnanie z siostrą nie było smutne, mamy nadzieję spotkać się w Narnii za 2/3 tygodnie. Tak lubię. Nie lubię tej nostalgii dworcowej lub lotniskowej. Nie lubię dusić łez, że aż piecze w gardle. 

Podróż była nader udana. Miejsce niestety miałam pośrodku, nie zdążyłam na ulubione przy oknie. Po prawej młody pan Poprawny spokojnie czytał książkę zerkając raz po raz spod okularów. Niby taki młody, a taki stary... Po lewej długowłosa Młoda Dziewczyna niezmiennie wpatrywała się w ekran komórki. Z jej rozmowy telefonicznej wynikało, że chodziła na kursy strzeleckie. Na przeciwko mnie siedzieli trzej mężczyźni lat około 30-stu: pan Politolog bacznie śledzący i oznajmiający nam wyniki wyborów parlamentarnych, rosły Kierowca Wojskowy i jeszcze większy od niego - Zawodowy Snajper. Wyborowe towarzystwo :) Początek podróży był dość oszczędny w rozmowy. Czytałam Noc w Lizbonie (E. M. Remarque). Myślami byłam bardziej w Lizbonie niż w polskim pociągu. Jednak ciekawa rozmowa Zawodowego Snajpera z Młodą Dziewczyną deportowała moje myśli z powrotem do ojczyzny. Zawodowy Snajper był ciekaw strzeleckich osiągnięć koleżanki z przedziału, dzieląc się przy okazji swoimi. Jednak Młoda Dziewczyna pewniej czuła się przed ekranikiem smartfona niż w rozmowie oko w oko. Lizbona i jej noc całkiem już gdzieś uleciały. Taki sympatyczny ten Zawodowy Snajper, taki miły i rozmowny, a Młoda Dziewczyna odpowiada półsłówkami... aż żal. Kiedy burknęła coś w stylu, że nie lubi ludzi - nie wytrzymałam:

- Całkiem  sympatyczny z Ciebie gość - zagadnęłam nagle Zawodowego Snajpera

I się zaczęło... Rozmawialiśmy już do końca podróży. Do rozmowy włączył się Kierowca Wojskowy zanurzony wcześniej w stronicach Gry o tron. Raz po raz rzucał coś od siebie również pan Politolog. Gawędziliśmy o wojsku, Izraelu, wojnach, wyjazdach misyjnych. Ja byłam ciekawa wojskowych przygód, oni pytali mnie o Izrael. Zabawne, że podróż turystyczna po Izraelu wydawała im się straszniejsza niż wyprawa wojskowa do Syrii, na którą notabene obaj z chęcią by się wybrali. Snajper opowiadał o tym, że strzelanie to matematyka (już wiem, dlaczego nigdy nie trafiałam!), że musi się malować :), że kamufluje się niemal doskonale. Mówił o przekraczaniu granic - tych wewnętrznych, ucieczce przez las, 52 godzinach bez snu pod zimowym, mroźnym niebem, jedzeniu śniegu, stadzie saren gubiących ślad ... Kierowca był mniej rozmowny, najwięcej narzekał na swoją starą ciężarówkę, którą jedynie on potrafi odpalić. Ja opowiadałam o moich podróżach po Izraelu. Żołnierze słuchali zaciekawieni. Tu odkryłam, że Kierowca Wojskowy może nie ma daru rozmowności, ale posiada cenny dar wnikliwego słuchania.

Lubię ludzi (wprost przeciwnie do Młodej Dziewczyny). Lubię ich historie, ciekawe opowieści. Słuchając dwóch wojaków czułam się, jakbym czytała wciągające książki. Nikt nie pisze tak dobrze, jak życie. Noc w Lizbonie blednie wobec nocy w polskim pociągu Przemyślanin. Z całym szacunkiem do talentu pana Remarque :)

I tak poczytaliśmy siebie nawzajem. Aż do Poznania.


(zdjęcie ze strony księgarni - patrz tu)

24 paź 2015

Wnętrza


Siedzę w pociągu relacji Poznań - Gliwice. Jadę do siostry. W tym tygodniu wybrałam aż dwa dni urlopu. Co za przepych :) Jadę i myślę sobie o artykule z czasopisma Weranda. Artykuł szczodrze wypełniony pięknymi fotografiami opowiada o sołackiej kamienicy. Sołacz to tam, gdzie pracuję, dzielnia prestiżowa, z historią, wsławiona obecnoscią znamienitych person, taka arystokracja pośród mieszczaństwa Poznania. Najbardziej lubię ją za urocze wąskie uliczki obsadzone majestatycznymi akacjami pamiętającymi chyba czasy moich pradziadków. Spomiędzy akacji, za ażurowymi płotami, prześwitują zabytkowe, zazwyczaj jednorodzine kamienice. I oto jedna z nich stała się właśnie tematem tegoż artykułu. Rozpoznałam ten dom, choć autor nie podał szczegółowego adresu. Wyróżnia się szarobłękitnymi okiennicami. Obserwowałam jego przemianę z zapomnianego i zaniedbanego do zadbanego i kochanego. Aż miło na sercu.. Nigdy jednak nie widziałam jego wnętrza. Artykuł odsłonił nieco jego granatowe, taftowe zasłony. Z przyjemnością zajrzałam.. A tam..

Cuda! Piękniej i bogaciej niż w niejednym show roomie, czy we wnętrzach sklepu Almi Decor. Misternie urządzone pokoje pełne są, dosłownie pełne drogich pamiątek z różnych stron świata. Zabytkowe lustra z Toskanii to chyba mój faworyt. Ściany, podłogi, sufity opływają w luksusy. Jest aż gęsto i ciężko w powietrzu od tego przepychu, bardzo zresztą gustownego. Kto by pomyślał, zapomniana, stara kamienico, że staniesz się iście królewskim dworkiem. Tuż obok mnie..

I tu wróciłam myślami do mojej przemeblowanej sypialni. Żadnych taftowych zasłon, luster z Toskanii.. Czy mam się czuć nieszczęśliwą i pospolitą mieszczanką? Ależ ja w swoim pokoju z łazienką czuję się wręcz luksusowo. Ograniczona? Wręcz przeciwnie, światła i wolna. Uboga? Przecież stać mnie na wszystko ;)

Nie ma we mnie ani kszty żalu czy zazdrosci, gdy przeglądam strony artykułu o kamienicy - odrzuconym kopciuszku, który stał się królewną wśród budynków Sołacza. Cieszy się oko i karmi dusza pieknymi fotografiami. Może dlatego, że prawdzwie bogata czuję się od środka, bardzo wartościowa, bezcenna. Dobrze mi z tym przepychem. Za zasłonami powiek ukrywam bogate wnętrze. Szczęście, miłość, pokój i radość zdobią pokoje duszy. Przestrzeń uświetnia obecność najznakomitszej persony na świecie.. Bóg, Stworzyciel wszystkiego, Król Królów, Mistrz.

Prawdziwie bogaci stajemy się od środka. Wtedy naszego statusu nie podnoszą wnętrza art déco, ani nie umniejszają mebele z Ikei :) Nic nam nie zagraża, umiemy oddać i przyjąć, połyskiwać w świetle reflektorów lub stać w cieniu. Zawsze bezpieczni, wolni od presji opinii publicznej. Nie mam nic przeciwko posiadaniu różnych bogactw, nieruchomości, samochodów, jachtów. Przywykłam już do bogactwa, z tym zewnetrznym czułabym się równie znakomicie :) Oby tylko umieć mądrze nim zarządzać. Oby nie oddać mu swego serca.. gdyż oznaczałoby to prawdziwe bankructwo...

22 paź 2015

Wspomnienia słonecznego Cypru

Moja sypialnia przeszła metamorfozę i stała się uroczym salonikiem w dzień oraz przytulną sypialnią w nocy. Dwulicowość pozytywna. Przy okazji przemeblowania wyniosłam 3 torby śmieci - niby potrzebne, ale o istnieniu tych szparagłów nie pamiętałam już od kliku lat.. do kosza z tym! Tak to natrafiłam na mały, zakurzony i zapomniany notesik w sówki z moimi dawnymi zapiskami wyjezdnymi (dzięki Piotrek za ten prezencik!). Poniżej fragment z notesika. Wspomnienia potrafią ogrzać serce. A sercu czasami zimno się robi w takie pochmurne dni jak dziś.. Porozgrzewajmy się więc.. 

Pafos. Cypr 2013
Siedzę sobie na cypelku wybrzeża Pafos w miejscu dość ustronnym, choć wszędobylscy turyści potrafią dotrzeć i tutaj (coż, jestem jednym z nich :)). Siedzę na dużym kamieniu i moczę stópki w chłodnej wodzie Morza Środziemnego. Cudownie! Po prawej woda, woda, woda.. Po lewej statki, promy, żaglówki i jachty. Na wprost wybrzeże zabudowane mało gustownymi, niskimi budynkami, miejscami obsadzone dużo lepiej prezentującymi się palmami. Po ciepłej stronie świata bardzo mi się podoba. Glass Bottom Boat przepływa obok potęgując fale, które przyjmenie chlapią na moje bose, gorące stopy. Moje małe spa :) Pełna jest ziemia chwały Pana... Ale czy mogę zobaczyć chwałę Pana nie znając Pana? Piękno stworzenia traci na pięknie bez znajomości Stwórcy. Tak sądzę. Obok przepływa The New Real Glass Bottom Boat. Poczekam jeszcze trochę, może przepłynie The New Really Real Glass Bottom Boat :) 


Tym razem to ja byłam w Glass Bottom Boat :)


Tala. Cypr 2012
Dni urlopu szybko znikają.. Siedząc wieczorem na tarasie staram sie nacieszyć, nasycić miejscem i czasem. Przede mną w oddali uroczo migoczą światełka cypryjskich wiosek. Za nimi morze, niewidoczne w nocy, a jednak odczuwalne jak Bóg, którego nie widać, a przecież wiem, że jest. 

Tala. Rodzinka. Bóg. Ciepło. Słońce. Morze. Leżak. Palmy. Statek. Wielki błękit. Mały błękit. Odpoczynek. Taras. Spokój. Ziemia. Niebo. KOCHAM!


Koniec wspominek. Słońce nieoczekiwanie wyjrzało zza chmur przypominając, że w Polsce też istnieje :) Nawet w szare jesienne dni.

18 paź 2015

Sprostowanie

Komoda stoi! Co prawda jedna szuflada jest trochę krzywa. Nie mam już siły dociekać dlaczego. W dodatku nie wiadomo, czy zdołałabym dociec... Po prostu zamieniłam ją z najniższą szufladą, tam najmniej widać :)

Sprostowanie dotyczy kolegi. Faceci to jednak są bardzo zadaniowi, ale wyobraźni za grosz, nie wspominając już o umiejętności domyślania się! Kobieto, ale czego ty oczekiwałaś? Kolega bardzo sprawnie przykręcił problematyczną, znienawidzoną śrubę i... sobie poszedł. Haha! Komodo znów  jesteśmy sam na sam! Oby nie do 1:00 w nocy! Na szczęście kolega zostawił czarną skrzynkę z różnego rodzaju śrubokrętami i prawdziwy młotek. Chyba nie wspominałam, że dotyczas moim młotkiem był tłuczek do mięsa? Nie dziw, że szuflada krzywa :) Wiadomo, prawdziwy młotek w życiu kobiety to czysty rarytas!

Podsumowując i sprostowując.. Nie jestem pewna, czy faceci są aż tak bardzo potrzebni... Wybaczcie faceci, ale jakoś dziś się nie popisaliście. Za to na pewno potrzebne bywają wasze czarne skrzynki! Daleko mi do feminizmu, jednak niestety taka konkluzja mnie dopadła...






17 paź 2015

Ciskająca śrubokrętami

Piąteczek!  Przyszłam z pracy udając się niezwłocznie i nieodwołalnie w upragnionym kierunku... Cel - łóżko! Zmęczonam, właściwie wykończonam.. Brak długiego, solidnego urlopu letniego daje się we znaki. Jakie znaki? Różne znaki, nie tylko przekrwione z niedospania oczy, ale np. częste mylenie dni tygodnia, siedzenie całymi godzinami nad prostym zadaniem, inwersje czasowe (to już było, jest, czy będzie?)... Wczoraj dobiłam się jeszcze skrecaniem komody. Wszystko przebiegłoby według planu, gdyby nie jedna śrubka. Dlaczego  nie mogę tego przykręcić? Co, ja nie mogę? Choćbym miała całą noc to przykręcać! No i poszłam spać przed 1:00 w nocy. Komoda, a tak właściwie to trzy skręcone deski, leżą samotnie na podłodze. Niech się cieszą, że w szale rozpaczy i wściekłości nie rozwaliłam je niczym karate mistrz! Śrubokręty też uszły z życiem, zdrowy rozsądek przystopował mnie przed ciśnięciem nimi o ścianę. Taaak. Wszyscy cali na szczęście :) Jutro kolejne podejście.. Tym razem z kolegą. A jednak potrzebni Ci faceci!

A jesień dojrzewa. Dziś był dzień z tych najbardziej szaro-deszczowych. Byłam zaskoczona wyglądając przez okno w moim biurze (przypominam, że pracuję w jednej z najpiękniejszych, najstarszych i najzieleńszych dzielni w moim mieście). Właśnie ta szarość mnie oczarowała. Pięknie rozkładała się na horyzoncie drzew. Jak mgła, jak tajemnica, jak sen.

 Oprócz szarości zaskoczyło mnie dziś dziwne pragnie, aby zdjąć rękawiczki i dotknąć kory drzew. Nie wiem, może to też "znaki zmęczenia"? Nie jestem z tych przytulających się do drzew, ale dziś pomyślałam, że może rzeczywiście coś w tym jest... Ciekawa jestem, co myśleli ludzie na przystanku autobusowym widząc mnie głaszczącą pnie? Jesienią częściej ludziom odbija. :) Na szczęście przystanek jest przy Uniwersytecie Przyrodniczym, może chociaż ci bystrzejsi uznali mnie za nadgorliwą studentkę :) 


Jesień zaskakuje.


Widok z okna podobny do dzisiejszego


Ulica deszczowa
Pragnienie :)




Jesień dojrzewająca








8 paź 2015

Singielka Elka i przepis na szczęście nawet w deszczową pogodę życia


Singielka ma na imię Elka, jest sama od dawna, nosi szlafrok w grochy i lubi pisać. Cóż za podobieństwo! Nie zgadzają się tylko grochy - moje są czarne, a jej szare :) "Singielka" to nowy serial, który oglądamy domowym, żeńskim team'em. Jest zabawa! Za nami pierwsze trzy odcinki. Ciekawe, czy serial prawdę mi powie.. :)

Poza tym napływa do nas suche powietrze arktyczne. Czyli słonecznie, ale zarazem okrutnie zimno. Idąc rano do pracy czułam jego chłodny oddech na plecach. Rękawiczki, szaliku i czapko wracajcie z ukrycia! Znowu was kocham! 

Przez okno miło popatrzeć, wyjrzeć już niekoniecznie. W ogródku przed domem ostatnie kiście winogron wabią wielkopolskie ptactwo niebieskie. Jest wesoło. Asia jednego ptaszka nazwała "Orka", bo biało-czarny jak orka w bajce. Pewnie jakaś sroka. Orka często nas odwiedza. Rozsmakowała się w naszych winogronach i resztkach aronii. 

Robi się kolorowo. Liście borówki płoną coraz intensywniej. Czerwoniutka jarzębina zagląda do nas z podwórka sąsiadów wyciągając przez płot swoje najdłuższe gałęzie. Mała mirabelka sypie żółłtym liściem, a przed domem bordowieje berberys. Kwiaty w donicy niestrudzenie otwierają coraz to nowe bladoróżowe pąki. Jestem im za to niezmernie wdzięczna. Trzeba się ponacieszać widokami. Za kilka dni przyjdą chmury i płaszcz deszczu przesłoni szarością całą ostrość kolorów. Ale wtedy będę siedziała w moim przytulnym, przemeblowanym pokoju i oglądała Singielkę.. lub coś czytała. Kota tylko brakuje do tego domowego obrazka.. Salomonie, gdzie jesteś? 
[Salomon - kot z wiersz K.I. Gałczyńskiego Wizyta i z mojej przyszłości :)]

Każdy sezon (czy to kalendarzowy, czy życiowy) ma swoje uroki.. należy jedynie umiejętnie pomiędzy nimi manewrować. Oto i przepis na szczęście. Odwracając wzrok od tego co brzydkie i złowrogie, szukajmy piękna i tego, który jest jego źródłem. 




Szukajcie Pana, dopóki można go znaleźć, wzywajcie go, dopóki jest blisko! 

Dokładnie tak jak wołał prorok Izajasz (55;6). W każdym sezonie Bóg ukrył coś pięknego. Odkrywając to, poznajemy Go bardziej. Jestem permanentnie zachwycona sercem niebiańskiego Taty!














30 wrz 2015

Nie nadążam za jesienią

W gardle siedzi jeż i kłuje. Na głowie noszę dziesięciokilogramową czapę niewidkę. A po ciele biegają mrówki i drżę. Oto skutki jesieni, co zdecydować się nie może, czy jest ciepła, czy zimna. Nie nadążamy za nią. Ja i miasto niemal całe nie nadążamy.. W autobusie po prawej kichają, po lewej smarkają. Biuro wyludnione. Jęczy mi dusza i ciało, że chcą pod koc i spać, spać, tylko spać.. ewentualnie wypić gorącą herbatkę z rumem i miodem. A tu praca wzywa, zastępuję już jedną osobę, nie ma zastępstwa dla mnie :( Odwołane moje popołudniowe plany. Oby do piątku...

Na pocieszenie aranżuję w myślach mój pokój. Metamorfozy mojej sypialni coraz bliższe, nie mogę się doczekać... 
Na pocieszenie posłucham muzyki lub głuchej ciszy - przyjemnej, gdy ciało potrzebuje spokoju.
Na pocieszenie spojrzę z nostalgią za okno. Leszczyna i brzoza przed moim oknem pięknie tańczą w blasku zachodzącego słońca. 
Na pocieszenie poczytam książkę pomiędzy spaniem a spaniem. Koniecznie powieść lub jakaś historia, np. historia biżuterii, co leży już na łóżku.. Tylko nie poradniki i inne "5 kroków do"! Strasznie mnie ostatnio nużą..  
Na pocieszenie obejrzę po raz kilkudziesiąty Anię z Zielonego Wzgórza. Ona nigdy mi się chyba nie znudzi, a zawsze podniesie na duchu.
Na pocieszenie pośnię sobie spokojnie i lekko. 
Ach.. 

Na jeszcze jedno pocieszenie zamieszczam zdjęcia lata. Już się pakowało do ucieczki, ale zdążyło obdarować nas ostatnimi, gorącymi weekendami sierpnia.Więcej w zakładce INSPIRA.










14 wrz 2015

z serii: Asia i ciocia


Jedziemy samochodem. Z prawej siedzi Asia, z lewej jej malutki brat, ciocia w samym środeczku. Maluch zaczepia mnie chwytając za rękę. Asia i ja śmiejemy się z jego zaczepek. Zaczepiana przez malucha ręka nosi od wielu lat niewielką, acz widoczną bliznę. Tłumaczę Asi, że kiedyś mój pies tak bardzo się cieszył na mój widok, że skacząc z radości zranił mnie niechcący. Psa już nie ma od dawna, ale rana pozostała i o piesku czasami przypomina. Asia z miną myśliciela zadaje pytanie:

A: A gdzie jest pies?
C: Odszedł
A: Gdzie odszedł?

Wiedziałam, że na tym się nie skończy..

C: Do nieba odszedł

Mała główka pracuje już na pełnych obrotach:

A: Brokat [nasz pies domowy] też odejdzie do nieba?
C: Tak, kiedyś też odejdzie, ale jeszcze nie teraz..
A: A kiedy?

No i po co kobieto zaczynałaś ten temat, kiedy nie masz pojęcia jak o egzystencjalnych dylematach rozmawiać z pięciolatką! [Nie mówiąc już o poprawności teologicznej, bo pewności nie mam, czy zwierzęta do bram niebieskich rzeczywiście docierają...]

C: Odejdzie jak się zastarzeje, ale jeszcze nie jest stary, więc nie ma się co martwić.
A: To dobrze, no bo przecież Brokat nie zdechnie?

Ciocia delikatnie przeskakuje na inny temat..







26 sie 2015

sierpniowo

Sierpień mija szybko, za szybko. Cieszę się z jego nienachalnych upałów, bo ciągle widać w nich lato. Pożółkłe liście na drzewach i pod nimi tłumaczę nawiedzającą nas suszą. Moje plany wakacyjne zmieniły się troszeczkę. Chyba jednak nie odwiedzę Cypru. Za to pojutrze wylatuję na kilka dni do Anglii.

W połowie sierpnia odwiedziłam moją Narnię. Jak zawsze kochaną i miłą, choć coraz mniej znanych twarzy mija mnie na ulicach. Spotkałam się z bliskimi - zarówno z rodziną jak i z przyjaciółmi spoza rodziny. Dobry czas to ten spędzony w dobrym towarzystwie! Oprócz rodziny odwiedziłam przyjaciółkę i jej męża, Kalinkę z Kalinowa i jej domek, koleżankę z dawnych lat, nowopoznanego kolegę. Byliśmy w uroczej restuaracji Stoczek w Białowieży (polecam!), hipsterskiej restauracji Inna Bajka w Białymstoku (też polecam!), na lodach - podobno naturalnych, na spacerze pośród okrytych zmierzchem, sierpniowych łąk Narni (po stokroć polecam!).
 


restauracja Stoczek w pożydowskim domku



wnętrze

pensjonacik obok restauracji

białowieskie bagniska

Białystok

smaczne hipsterstwo na talerzu :)

Dość dużo czasu spędziłam również w Państwowym Archiwum w Białymstoku poszukując swoich korzeni od strony taty/dziadka. To właśnie książka "Tańcząc z wrogiem", o której wcześniej pisałam, bardzo mnie do tego zachęciła. Moje nazwisko nie brzmi "polsko", jestem ciekawa skąd na te ziemie przywędrowało...? Będąc kilka lat temu w instytucie Jad Waszem w Izraelu zauważyłam, że sporo ofiar Holokaustu nosiło moje nazwisko, dość dużo pochodziło właśnie z Podlasia. Aczkolwiek nic mi nie wiadomo o ofiarach czy prześladowaniach w mojej rodzinie, raczej dobrze im się żyło.. Moje odkrycia skończyły się jednak na ustaleniu imienia mojego pra pra pra dziadka :) Księgi i metryki archiwalne z lat jedynie mnie interesujących spisywane były w języku rosyjskim. Nie żeby drukowanym rosyjskim, co byłoby dużo łatwiejsze w odczytywaniu.. Zapisały je dłonie mocno zaawansowane w sztuce kaligrafii! Miło się na to patrzy, mniej miło odczytuje :) Dobrze, że znam język rosyjski, choć i tak trudno mi było przyzwyczaić się do tego wielce pozawijanego i ozdobnego pisma. No nie powiem, bardzo się starali! Kolejne podejście do pachnących historią ksiąg prawdopodobnie nastąpi jesienią.. może wezmę kogoś do pomocy, żeby szybciej szły poszukiwania. 


tylko okładka, wnętrza raczej nie można upubliczniać


Pomiędzy obowiązkami, podróżami, odkryciami robiłam biżuterię. Kolekcję nazwałam ECHO LATA, bo i latem była inspirowana. Dobrze się bawiłam szczególnie przy przygotowywaniu strony internetowej (niedługo w odsłonie!) oraz zdjęć. Po raz pierwszy w życiu przeprowadziłam sesję zdjęciową - jak na pierwszą wyszła całkiem ładnie. Trochę się stresowałam, bo byłam nie przed, ale za obiektywem. Za to przed obiektywem jako modelka stała moja koleżanka, która akurat na sztuce i fotografii bardzo dobrze się zna. Na zachętę zamieszczam jedną fotę, reszta już wkrótce na stronie. 

Kolejne pomysły na kolekcję o kolorach ciemniejszych, stonowanych, nierzadko jesiennych tworzą się już w mojej głowie oraz powoli w mojej warsztato-sypialni :)




17 lip 2015

Intensywnie

Czerwiec i pierwsza połowa lipca to w mojej pracy najbardziej intensywny czas. Stąd moja nieobecność. Po odsiedzeniu pracowitych 8 - 11 godzin przed komputerem, ostatnią rzeczą, na którą w domu miałam ochotę było ponowne siadanie przed monitorem. Za to w ramach relaksu przeczytałam piękną książkę, a zaczęłam kilka kolejnych. Udało mi się parę razy uciąć popołudniową drzemkę, spacerować z psem koleżanki, spotykać w weekendy z przyjaciółmi, a nawet zapuścić dwa razy w dalszą, choć krótką podróż.. Byłam na Helu, w Gdańsku i Gdyni, a w poniedziałek wróciłam z Norymbergii. Nie mogłam pozwolić, aby wszystkie słoneczne, czerwcowe i lipcowe dni mijały jedynie za oknem mojego biura. W moich planach jest jeszcze podróż do rodzimej, uroczej Narnii oraz 10 dni na cudownie ciepłym Cyprze (wraz z rodzinką, która tam mieszka)! Te przygody zachowałam na sierpień i wrzesień. 

Trochę o Helu.. Razem z 2 koleżankami wyjechałyśmy w trakcie długiego czerwcowego weekendu nad morze. Mieszałyśmy w centrum miasta Hel, w skromnym pensjonacie o nieskromnej cenie i u niezbyt miłych gospodarzy. Pomimo tego bawiłyśmy się świetnie. Wypożyczonymi rowerami przemierzyłyśymy pół półwyspu w jeden dzień. Co za romantyczne krajobrazy! Mierzeja Helska pełna jest piaszczystych, wysokich wydm. Główna ścieżka rowerowa wiedzie zazwyczaj przy ulicy, my jednak zapuszczałyśmy się również w głąb - gdzie ciszej, a jednak głośniej. Bo wiatr szumi miło w wysokich konarach sosnowego boru, coś puka, skrzypi tajemniczo, a świergotu ptaków nie zagłusza już hałas ulicy. Tam szare i białe wydmy piętrzyły się zagradzając nam drogę do poszukiwanej latarni morkiej, a wiatr pędził wysokie fale morza. Wiatr był bardzo silny, w mieście się takiego nie spotka. Piaszczyste plaże były jeszcze dość puste, woda bardzo zimna, ale miło było posiedzieć i nasycić się niecodziennym widokiem, spokojem i jodem oczywiście. Ania z Zielonego Wzgórza na pewno znalazłaby tu natchnienie do swych romantycznych książek, niczym nad Zatoką Świętego Wawrzyńca. Jednak żadnej z nas pisanie książek nie było w głowie.. Po chwilach relaksu pedałowałyśy co sił w nogach, aby dotrzeć do Jastarni na obiad ze świeżą rybką w roli głównej, a następnie przed zmrokiem wrócić do pensjoantu. Późnym wieczorem, po chwili odpoczynku, zajrzałyśmy jeszcze do przytulnej restauracji Kutter, gdzie jazzowe szlegiery pięknie zagrał zespół starszych panów ze wschodu. Potem była jeszcze Gdynia i Gdańsk. Niestety nie udało nam się przepłynąć promem. Za to zwiedziłyśmy bardzo interaktywne muzeum Solidarności. Spacerując ulicą Długą i Długim Targiem skręciłyśmy w Długie Pobrzeże, aby tam spocząć na chwilę w niewielkiej kawiarni. Wieczorem wsiadłyśmy do pociągu. Kierunek - dom. Polska jest piękna. Szczególnie, gdy słońce oświetla wszystko przyjemnym, ciepłym światłem. Korzystajmy z tych letnich chwil!


























///////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////

Co do przeczytanej książki to mocno polecam: Paul Glaser "Tańcząc z wrogiem". To historia życia młodej i pięknej Rosie Glaser, holenderskiej Żydówki. Historia odkryta po wielu latach przez jej bratanka - autora książki. Rosie żyje intensywnie, jest nieustanną optymistką. Jej życiową pasją jest taniec, który nie opuścił jej nawet, gdy trafiła do Auschwitz. To zaskakujące jak pośród wszechograniającego bólu, zdrady i śmierci potrafiła uparcie kierować swoje myśli na piękno, dobro i życie. Przetrwała.

Ciekawe, że fragmenty jej kursów tańca do dziś można znaleźć na youtube :)



(zdjęcie ze strony księgarni:
http://www.rebis.com.pl/rebis/public/books/books.html?co=print&id=K7012.002&shop=shop)


/////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////

Fotorelację z Norymbergii umieściłam na funpage mojego kościoła:
https://www.facebook.com/media/set/?set=a.888651104517086.1073741833.677652518950280&type=3
Był to wyjazd na chrześcijańską konferencję/festiwal o zasięgu międzynarodowym. W kolejnym poście być może trochę więcej o tym napiszę.


//////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////

Moje blogowe rozciąganie się w pisaniu przerodziło się naturalnie w dziennik. To dobrze. Nie tylko zdjęcia mają moc zatrzymywania ulotnych chwil i przygód. Słowa są równie wspaniałym ich nośnikiem.. Mam nadzieję, że moje słowa będą stawały się coraz bardziej bogate w znaczenie. Oby coraz wyraźniej obrazowały dni, które za mną, impresje myśli i głębie uczuć...

the end
na dziś