Każdy ma swoje zmęczenie. Dla każdego
własne zmęczenie wydaje się największe, choć dobrze wiemy, że tłumy ludzi mają
w życiu dużo trudniej. Czasami po prostu potrzebujemy się nad sobą
porozczulać. Pozwólmy sobie i innym na to. Niech z nas to spłynie. A spływa
najlepiej w ciepłym słowie bliskiej osoby, przytuleniach akceptacji, aprobaty i
zrozumienia. Serce lubi być czasem wyżalone i wysłuchane, lubi sobie popłakać
nie ukrywając łez. Najgorszym "lekarstwem" na zmęczone serce jest
przyjaciel z misją udowadniania nam stanu odmiennego... że nie jest jeszcze tak
źle, że trzeba się ogarnąć, bo ludzie mają dużo gorzej (np. tenże
przyjaciel)...
Dziś młody, nieznajomy mężczyzna ustąpił mi
miejsce w kolejce w sklepie spożywczym. Zrobił to z tak serdecznym uśmiechem, że wychodząc ze sklepu wzruszyłam się do łez... Zmęczenie jest głodne
serdeczności i zrozumienia.
Jadąc do pracy myślałam o jesieni. Jesień
to stan przejściowy, stan przygotowania do odpoczynku. Przez ponad dwa sezony
przyroda pracowała niestrudzenie, teraz nawet ona potrzebuje odpocząć.
A z nią rolnicy. Pamiętam czas
dzieciństwa, kiedy mieszkałam z dziadkami - rolnikami. Wiosną i latem dziadek z babcią od świtu do nocy byli na nogach.
Dzień rozpoczynał się nierzadko o czwartej nad ranem. Najpierw wyprowadzanie
krów na pola, dokarmianie drobiu podwórkowego, potem babcia zabierała się za
przyrządzanie śniadania. Dziadek już zaprzęgał konia, aby zaraz po posiłku
wskoczyć razem na wóz i jechać na pole. Koń zazwyczaj sam znał drogę, więc
mogli sobie jeszcze dospać na furze. Jesienią zbiory i słoiki na zimę, ale już noce były nieco dłuższe. Nie narzekali. Niestrudzenie całymi,
pracowitymi dniami doglądali roli, trzody i domu. Tempo życia dyktowała
przyroda. Gdy w końcu zabierała się do zimowego odpoczynku, dawała odpocząć i
dziadkom. Wtedy pozostawało tylko dokarmianie zwierzyny, dojenie krówek,
dziadek mógł sobie spokojnie pomajsterkować, babcia robiła na drutach lub piekła
drożdżowe bułeczki (o, jak tęsknię za tym czasem!). Byt zimowy wiódł się powoli,
dawał się wyspać pod ciepłą pierzyną, nacieszyć rodziną i domem. Lubiłam zimę,
bo przyprowadzała wszystkich do domu, łącznie z sąsiadami i podwórkowymi kotami.
Mój byt zimowy, czy też letni niezmiennie taki sam.
Mój byt zimowy, czy też letni niezmiennie taki sam.
Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem:
Jest czas rodzenia i czas umierania, czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasądzono, czas zabijania i czas leczenia, czas burzenia i czas budowania, czas płaczu i czas śmiechu, czas zawodzenia i czas pląsów, czas rzucania kamieni i czas ich zbierania, czas pieszczot cielesnych i czas wstrzymywania się od nich, czas szukania i czas tracenia, czas zachowania i czas wyrzucania, czas rozdzierania i czas zszywania, czas milczenia i czas mówienia, czas miłowania i czas nienawiści, czas wojny i czas pokoju.
Cóż przyjdzie pracującemu z trudu, jaki sobie zadaje? Przyjrzałem się pracy, jaką Bóg obarczył ludzi, by się nią trudzili. Uczynił wszystko pięknie w swoim czasie, dał im nawet wyobrażenie o dziejach świata, tak jednak, że nie pojmie człowiek dzieł, jakich Bóg dokonuje od początku aż do końca.
Poznałem, że dla niego nic lepszego, niż cieszyć się i o to dbać, by szczęścia zaznać w swym życiu. Bo też, że człowiek je i pije, i cieszy się szczęściem przy całym swym trudzie - to wszystko dar Boży.
Ks. Koh. 3;1-13
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz