8 gru 2014

Pięć języków miłości


Czasami internet może nas prawdziwie oświecić. Jakiś czas temu Mała Mi zaproponowała mi zrobienie testu "5 języków miłości". Wielka piątka to: słowa uznania, czas spędzony razem, prezenty, dotyk, czyny/pomoc. Test ma za zadanie wskazać nam w jaki sposób komunikujemy miłość, nie tylko tę małżeńską, ale też rodzicielską, przyjacielską. Miłość po prostu! Napisałam, że mnie oświeciło, ponieważ test wykazał, iż w dużej mierze moje uczucia wyrażam poprzez prezenciki i niespodzianki. Podobnie jeśli chodzi o otrzymywanie miłości. Niespodzianka/prezent naprawdę do mnie przemawia! I nie ma to nic wspólnego z materializmem :) Tu nie chodzi o to, jak dużo włożysz w to pieniędzy, ale raczej ile jest w tym twego serca. To mówi, że .. ktoś myślał o mnie, obserwował, aby dowiedzieć się, co lubię, poświęcił czas (nierzadko pieniądze), chciał żebym poczuła się szczególna i zostawił w tym odrobinę siebie tylko dla mnie.. 
Test okazał się cenny również pod innym względem. Zrozumiałam, że są na ziemi ludzie (i jest ich sporo), którzy nie rozumieją mojego języka, za to mają swój, całkiem odmienny, który być może jest mi mało znany. Uczymy się siebie całe życie :) Ta wiedza może zaoszczędzić nam wielu rozczarowań i zranień. 


Mikołajkowe prezenciki, które uczyniłam moim domowniczkom 
(imiona pozostawiam anonimowe, na blogu posługuję się pseudonimami)


Artykuł szerzej opisujący "języki miłości" można przeczytać np. tu. Test w j. ang możecie znaleźć tu

29 lis 2014

Domostwo


Silne wiatry ostatnich dni przyniosły nam bezśnieżną, nagą zimę, która swym mroźnym tchnieniem zamienia w lodowe kryształy każdą kroplę wody. Na szczęście dziś sobota, czyli domek, szlafrok, ciepły kaloryfer, rozleniwienie. To lubię :) Przydałby się jeszcze śnieg za oknem. Czekam niecierpliwie. Domek przygotowuje się już do zimowo-świątecznej atmosfery. Na stole stoją nowo zakupione świeczniki, na kolumnie w jadalni  wisi wielka świąteczna skarpeta na prezenty i drewniane serducha Lauryn, a pokoje Małej Mi i Zoe rozświetlają lampki choinkowe. Dziś czas na moją sypialnię. Zaraz zawiśnie tu sznur drobnych lampek (lubię to światło!), przy oknie zawieszę srebrne serduszko i dwa dzwonki.

Mój domek jest osobliwy. Mieści w sobie 5 osób i psa. Lauryn, Whitney, Zoe, Mała Mi z psem i ja. Są dla mnie jak rodzina. To nasze relacje tworzą ten dom. Każdej z nas życzę jednak jej własnej spokojnej przystani z mężem i dziećmi. Póki co - jest jak jest i nie jest źle. Jest wesoło, domowo, przyjacielsko, babsko, czyli też czasami wybuchowo :) Każda tak inna, ale w swojej odmienności piękna. Nie wyobrażam sobie mieszkania samotnie. Czasami nawet 3 koty i 2 psy nie pomogą. Człowiekowi potrzebny jest człowiek. Sam Bóg powiedział przecież, że niedobrze jest człowiekowi, gdy jest sam. 

Gdy myślę o domowym klimacie przypomina mi się uroczy wiersz K.I. Gałczyńskiego Wizyta

Proszę, proszę, rozgość się, serdeczny,
rozejrzyj się dokładnie po wszystkim;
to jest czajnik – prawda jaki śmieszny?
z gwizdkiem.
To mruczenie? Powiem ci w sekrecie:
jest mruczeniem kota Salomona.
A ta pani zamyślona, z kwiatami -
to moja żona.


Kiedyś będę miała dom z mężem, czajnikiem, kotem i kwiatami. Teraz mam przyjaciółki, czajnik, psa i kwiaty od czasu do czasu :) Za miesiąc moje urodziny. Życzyłabym sobie domek z wiersza.. 


Dawne domostwo na Podlasiu. Skansen.

Jest i mąż z żoną :)


 Czajniki/imbryki. Bez gwizdka. Wilno. Litwa.




Spodobał mi się ten domek, choć w środku niestety mieści się restauracja. Wilno.

Widok z okna mojego dawnego mieszkania. To w nim najczęściej podziwiałam kobaltowy świt. 

Dasza - znaleziony kotek. Przeżyła u nas piękne, choć krótkie chwile (była chora).

Nasz domowy pies. Lepszy niż 100 Salomonów :)


 

20 lis 2014

Niezwyczajnie zwyczajnie


U nas śniegu nadal brak. Mróz szczypie i kandyzuje wszystko wokół. Kandyzowany świat :) Lubię srebrzysty szron poranka migoczący nieśmiało w świetle wschodzącego słońca. Ulice, chodniki i alejki, dywan liści pod stopami, żywopłoty i inne zimnolubne rośliny, bramy, płoty, dachy, wyglądają w tej srebrzystej poświacie jakoś tak królewsko i dostojnie. Wyobrażam sobie wtedy, że to sam Bóg tchnął srebrem, a ja mieszkam teraz w zaczarowanej krainie. Myślę też o niebie... Tam dopiero musi być zjawiskowo pięknie! 

Poniżej moja droga do pracy. Pracuję w jednym z najpiękniejszych i najbardziej zielonych miejsc w mieście. Wszystko błyszczało kropelkami rosy pozostałymi po zaatakowanym przez promienie słońca szronie.  Niestety mój skromny aparat nie umiał tego uchwycić.










Niedawno kupiłam tomik poezji Philip Levine Miasto marzeń. Wybór wierszy. (patrz tu). Spodobał mi się jego opis poranka: 

"Na dworze niskie drzewa przybierają pierwsze szare kształty... Teraz słońce wstaje nad wspaniałą doliną i sady wbijają w dzień swoje płonące gałęzie.." Rysunek Flavio

Wszystkim, którzy lubią poezję polecam ten tomik. Chyba jedyny tego poety dostępny w języku polskim. Określenie P. Levine mianem "poety proletariatu" trochę mnie od niego odstraszyło. Całkiem niesłusznie, polubiłam go od pierwszego niemal wiersza. Na pożegnanie fragment o zwyczajnej prawdzie.

"Pewne rzeczy wie się całe życie. Są tak zwyczajne i prawdziwe, że trzeba je wypowiedzieć po prostu, bez miary i rymu, trzeba je położyć na stole obok solniczki, szklanki wody, gdy nieobecność światła rozkłada się w cieniach ram obrazów, muszą być nagie i osobne, muszą oznaczać tylko same siebie" Zwyczajna prawda

11 lis 2014

Wschodnia strona mocy





Mentalność ludzi wschodniej Polski przypomina mi czasami mentalność Bliskiego  Wschodu.

W związku z remontem torów na trasie Warszawa - Białystok - Warszawa, Pkp podstawia zastępcze autobusy. Biegne na autobus, juz podjechał. Kontroler stoi przed autobusem, wkoło niego spora gromada podróżnych. Kazano walizki wkładać do otworu w autobusie, to pakuję.  Na próżno ten pośpiech, słyszę obwieszczenie pana z "dziurkaczem biletowym", ze miejsc juz nie ma. Ale cóż to? W trakcie mojej ewakuacji zauważyłam kolejnych wsiadających. Na moje pytanie usmiechniety konduktor odpowiada, że pasażerowie byli tak mili, że się przesunęli i wolne miejsca się znalazły. Niestety nie dla mnie, bo właśnie sie skończyły.

Oto jedna z wielu podobnych jej przygód, które mogą spotkać Was najpewniej na Bliskim lub bliższym wschodzie. Improwizacja i spontaniczność działania rządzi! Zachód woli porządek, przewidywalność i logikę. Na wschodzie jest luz, masz szczęście albo go nie masz, im bardziej jesteś otwarty na zmienność losu tym lepiej dla Ciebie. Uśmiechasz się jak pan konduktor, zamiast irytować jak ja. A już na pewno się nie nudzisz! Pomimo dzisiejszych irytacji, duszę mam wciąż mocno wschodnią . Jednak przywykłam już do zachodniego, niemalże niemieckiego porządku. Jestem taka centralna, wschodnio-zachodnia. Połączenie dość ryzykowne, zazwyczaj korzystne, czasami wybuchowe.

Dzięki wschodniej stronie mocy dostałam się do kolejnego autobusu, który przyjechał w trakcie moich perypetii z bagażem i konduktorem. Wsiadłam jako jedna z pierwszych, choć stałam na końcu ;)  Teraz spoglądam na świat przez autobusowe okno i piszę.

W życiu dobrze mieć trochę wschodniego polotu wyważonego z zachodnią dokładnością :)


Bliski Wschód - Jerozolima przez okno.




 Bliższy wschód - zrobione z okna pociągu/autobusu. Podlasie spowite jesienią.
 



Niepodległa Warszawa biegnie ulicami.

Tak wyglądały perony 11.11.2014 r.



3 lis 2014

Świt i jego świta


Dziś wstałam dość wcześnie jak na moją nocną naturę. Ale dzięki temu spokojnie mogłam obserwować mój ulubiony kolor nieba o świcie. Jeszcze nie jasnoszary błękit, już nie granat. Kobalt? W szlafroku, z kubkiem gorącej kawy w dłoni, zapatrzyłam się w cichy spektakl poranka. Za moim oknem trzy ciemne kontury wysokich drzew kołysały się hipnotycznie, mile szumiąc nie tak małą jeszcze ilością liści. Żółte i ciepłe światło latarni mrugało spomiędzy konarów pięknie kontrastując na tle kobaltowego sklepienia. To przecież zwykłe okno w mojej sypialni i prawdziwie powszedni dzień tygodnia, a widoki niczym vangogowskie pejzaże. Ciii.. jeszcze tylko chwila, zaraz wszystko zacznie się budzić, rozbudzać, przyspieszać i pędzić.. Niech śpią jeszcze, a ja popatrzę, popodziwiam w ciszy, ja - uczestnik tego niezwykłego wernisażu..

Niestety nie posiadam zdjęcia kobaltowego nieba o świcie.. w zamian umieszczam kilka zdjęć lamp na tle nieba popołudniowego i wieczornego, równie pięknego. A przyznać trzeba, że lampy w Poznaniu mają swój urok. Te poniżej stoją przy przystanku autobusowym oraz przy moim domu, choć równie dobrze mogłyby stać w narnijskim lesie :)








2 lis 2014

Lustro




Lepsze jest to, na co oczy patrzą, niż niezaspokojone pragnienie. To również jest marność i pogoń za wiatrem. To, co jest, zostało już dawno nazwane, i postanowiono, czym ma być człowiek: toteż nie może on z tym się prawować, który mocniejszy jest od niego. (Ks. Koheleta / Ks. Kaznodziei Salomona 6:9-10, Biblia Tysiąclecia)

Od pewnego czasu czytam mądrości Salomona. Polecam przekład Biblii Tysiąclecia, Stary Testament jest w niej chyba najdokładniej przetłumaczony. Zachwycają mnie i ujmują te rozumne pouczenia, wciąż życiowe, ponadczasowe. Czytając je, przeglądam się w nich jak w lustrze. Raz widzę głupotę, raz mądrość, dwie główne bohaterki tych salomonowych kazań i przypowieści. Ile z nich jest we mnie..? 

Niestety zazwyczaj nie lubimy, gdy ktoś nam mówi jak mamy żyć, nie lubimy napomnień, a i rady nie zawsze przyjmujemy ochoczo. Lubimy żyć tak jak dusza nasza pragnie i pożąda. Modnie jest być niezależnym, niepokornym, nieuległym. Nie podoba mi się ta moda. Moda, która paradoksalnie unika zwierciadła. Woli nie wiedzieć jak naprawdę wygląda. Podważa wszelką prawdę, nie znosi absolutów. Nie ma w niej nic pewnego, żadnej silnej prawdy, na której można się oprzeć. Wolę być niemodna. Czuję się szczęśliwa z tą "niemodnością". Żyję z wewnętrznym pokojem, pokojem z Bogiem, ze sobą samą, ludźmi wokół, z życiem moim całym, codziennością i niecodziennością. 

Wierzę, że Bóg istnieje i widzi moje serce. Nawet jeśli w oczach innych nie zawsze znajduję zrozumienie, On mnie rozumie, bo widzi od środka. Wierzę, że Pismo Święte jest Jego słowem, listem, przesłaniem do mnie. Kiedy się gubię sama ze sobą te Słowa wyprowadzają mnie na prostą. Nie zawsze wszystko rozumiem, ale zawsze znajduję coś, co mówi wprost do głębokości mojego serca. Lubię zwierciadło Jego mądrych i głębokich słów. Z ufnością do niego podchodzę, bo wiem, że odbija właściwie. Nie boję się, że przekłamie, zniekształci. Wiem, że jest Prawdą.


Dziś rozmyślam o moich "niezaspokojonych pragnieniach".. Myślę o prostym życiu, docenianiu tego co się ma i zachwycie nad tym, co jest. Dusza odpoczywa, gdy umie tak żyć. Męczy się, gdy ciągle goni próbując uchwycić to, czego nie ma, a chciałaby mieć (choć żyć bez tego też można szczęśliwie). Oduczam się porównywania, uczę wdzięczności. Każde życie ma swoją drogę. Niech droga moja będzie dla mnie najpiękniejsza. Nie chcę skupiać się na tym, że ktoś obok ma być może piękniej, łatwiej, przyjemniej. Takie myśli zabierają miejsce wdzięczności i pokorze. Rozpychają się, mnożą i pączkują, a potem już tylko pędzę, biegnę próbując złapać i zaspokoić  coraz to nowe "must have" i "must be". Aż w końcu łapię się na tym, że biegnąc tak za moimi wciąż niezaspokojonymi pragnieniami zgubiłam szczęście, pokój, radość, zachwyt, przeoczyłam niepowtarzalne chwile, rodzinę, przyjaźnie, miłość.. 

Lepsze jest to, na co oczy patrzą, niż niezaspokojone pragnienie.


24 paź 2014

Wedding plannerki




Pewnego razu, wieczorem przy herbatce, w przytulnym mieszkanku Rusałki narodził się ciekawy pomysł. Pomysł na biznes, biznesik kobiecy, tak na próbę, na początek. Trzy startujące bizneswoman i fotografka! Nazwa tegoż biznesu to wedding plannerki, a w naszym ojczystym języku po prostu konsultantki ślubne. To zawód rodem z USA, cieszący się ostatnio sporym zainteresowaniem, a przybliżony nam przez kilka romantycznych komedii (również wprost z Zachodu, a skądinąd). Zainteresowana tematem przeglądałam różne strony internetowe opisujące kim w rzeczywistości jest ta/ten wedding planner. Natknęłam się na sporo ciekawych opisów..

Przewodnik po krainie weselnych rozterek.
Organizator ślubów jak z bajki.
Pomoże zrealizować największe marzenia.
Sprawi, że poczujecie się szczególni.
Potrafi przewidywać problemy i je eliminować.
Poprowadzi Młodą Parę przez gąszcz przygotowań ślubnych, który dla większości Par jest gąszczem nieznanym. 

Określenie "gąszcz nieznany" szczególnie przypadło mi do gustu :) Wyobraźnia podsunęła mi obraz karczownika przemierzającego nieprzebyte gęstwiny dzikiej dżungli, siłującego się z otaczającymi go lianami i ciernistymi krzewami... Czy przebrniemy?!

Na pierwszy ogień wybrałyśmy ślub znajomych. Nie rzuciłyśmy się tak od razu w ten "gąszcz nieznany". Zajęłyśmy się jedynie dekorowaniem sali ślubnej (a nie był to kościół). Spodobało mi się to wspólne planowanie, wyprawy o świcie na giełdy kwiatowe, wybieranie kwiatów i dekoracji... Przy okazji zakupiłam sobie cudne szklane pucharki w stylu vintage :)

Dekoracja wyszła nam naprawdę ładnie. Sala ślubna była sama w sobie bardzo ozdobna (cały budynek jest zjawiskowy - patrz tu) . Ściany okalały przeróżne płaskorzeźby, w każdym kącie "wyrastało" jakieś rzeźbione drzewo, na lewo od wejścia stała wtulona w ścianę potężna menora, zaś na prawo pomiędzy oknami wisiały ogromne podświetlane, rzeźbione dzbany. Żeby tego było mało, nad naszymi głowami zamiast zwykłego sufitu było coś na kształt podwieszanego sklepienia niebieskiego. Dekoracja ślubna nie mogła być nazbyt pstra, ale wpasowana w tę niecodzienną scenerię. Uważam, że dałyśmy radę :) 


Ślub był piękny, a para młoda urocza :) Calineczka i Książę elfów uśmiechnięci i skupieni siedzieli pod udekorowaną przez nas kwiecistą pergolą. W powietrzu unosiło się podekscytowanie, wyczekiwanie i miłość oczywiście. Przewieszone przez pergolę kryształowe serduszka migotały w świetle słońca jak małe świetliki. 














Fot. Krzysztof Czechowski

19 paź 2014

Pożegnanie i wskazówka czasu



To są te dni, kiedy robi mi się smutno. Drzewa rozbierają się do zimowej, nie tak krótkiej drzemki. Liście spadają na potęgę jak wielki, złoty śnieg. Aż szkoda je deptać. Słońce oddala się, zabierając ze sobą długie dni, ciepło i witaminę D. W pogoni za słońcem niebem suną klucze ptaków. Żegnam się z nimi wzrokiem i myślę, że też bym chętnie pofrunęła za słońcem i jego złotym światłem. Powoli odchodzi paleta ciepłych barw, robiąc miejsce tym chłodnym. Idąc tak czerwonym dywanem liści, z odgłosem odlatujących ptaków nad głową, zanuciłam piosenkę o pożegnaniu.

"Just because everything's changing doesn't mean it's never been this way before.
You'll come back when it's over. No need to say goodbye"

Tak, nastała pora pożegnań, odlotów, odejść, bezszelestności i bezświergotu. Gwar codzienności przenosi się z ulic do ciepłych domów i urokliwych kawiarni, przytula do kominków, unosi się w atmosferze rozmów przy gorącej herbacie i szarlotce. Wszystko ma swój czas i porę, swoje odejścia i powroty, oczarowania i rozczarowania. Zegar wybija godzinę coraz późniejszej jesieni. Jednak, gdy wskazówka zatoczy koło - to co mija znowu będzie. Jak śpiewa Regina Spektor w "The Call" ...

"Wrócisz, kiedy to się skończy. Nie trzeba się żegnać."

Zostawiam Was z tą piosenką. Jest piękna. Niech się Wam nuci w te chłodne, jesienne dni i ogrzewa od środka :)




9 paź 2014

Obrazy Mistrza


"Akt stworzenia jest wielkim dziełem sztuki 
i wszystkie dzieła, które powstały później, 
pozostają echem oryginału" 

John & Stasi Eldredge, Urzekająca




Wszystkie poniższe działa sztuki uwieczniłam wracając z pracy. Czasami wystarczy mieć oczy szeroko otwarte..



 Park przy przystanku tramwajowym

Stoję na przystanku autobusowym. Pada, leje, jest szaro, ludzie chodzą śpiesznie uciekając przed deszczem. Ludzie baz twarzy, z głowami w parasolach. Drzewa mokre, ulica mokra, ja też trochę mokra. Autobus zgubił się gdzieś w tym deszczu i od 40 minut nie przyjeżdża. Niebo zachmurzone, twarz moja zachmurzona. Zerkam spod parasola próbując znaleźć coś niezmęczonego, niezachmurzonego, nieposępnego, coś na pocieszenie, jakiś promyk piękności. I znajduję! Piękne gałązki, listeczki jesienne na tle szarości. Dzieła sztuki są wszędzie. Obraz Mistrza..






Kwiaty spotkane idąc alejką do domu. Sztuka rośnie na polach, przy drogach, alejkach. Można podziwiać, zdarza się podeptać..



7 paź 2014

Aronka



czyli aronia czarna doczekała się ostatniego, lekko spóźnionego zbioru. Kilka kiści pełnych czarnych paciorków zostawiłam skrzydlatym przyjaciołom. Wróble, sikorki modre, ostatnie zięby i kosy, wszystkie "jagodolubne" ptaszki są częstymi gośćmi naszego ogródka (ku uciesze Małej Mi).






Aronia przywieziona z dalekiego północnoamerykańskiego kontynentu, początkowo jako eksponat rosyjskich ogrodów botanicznych, w końcu rozprzestrzeniła się po całym kraju, a nawet poza jego granicą. Aronka emigrantka, dzielna podróżniczka międzykontynentalna. Wiosną ubiera sukienkę z białych kwiatków z zielonym płaszczykiem liści. Jesienią nosi stroje wieczorowe, czerwień liści i onyksowe korale. 






Owoc aronii jest bardzo wartościowy, pełny przeróżnych właściwości leczniczych. Pomaga radzić sobie z dolegliwościami żołądka, wątroby, trzustki, hemoroidami, wysokim ciśnieniem, problemami krążenia, oczyszcza z toksyn, łagodzi nasze nerwy, dzielnie walczy z nowotworami i arteriosklerozą, spowalnia proces starzenia. Jest też cennym źródłem witamin A, C, E, PP, witamin z grupy B, potasu, wapnia, fosforu, magnezu i żelaza. To wprost niezastąpiona żywa apteczka, warto zaprosić ją do swojego ogródka. Ku zachęcie dodam, że drzewko nie jest wymagające, poradzi sobie prawie w każdych warunkach.  




Co prawda przy pierwszym poznaniu bywa cierpka. Jednak zamrożone i rozmrożone owoce tracą swoją cierpkość. Innym rozwiązaniem jest wymieszanie jej z innymi owocami. Aronia umiejętnie przetworzona, zasuszona, oswojona w słoikach i butelkach w naszych domowych spiżarniach zyskuje walory smakowe, stając się świetną kompanką przeróżnych potraw nawet na najwykwintniejszych stołach. Ładnie współpracuje z potrawami bogatymi w witaminę C, ułatwiając nam przyswojenie tej cennej witaminki.






Czy już ją pokochaliście? Prawda, że przy bliższym poznaniu okazuje się cudowna?