Wojtek i Mirek - poczciwcy poznani na spotkaniu kościoła ulicznego. Stali bywalcy. Siedzieli na murku ochoczo zjadając darmową gorącą zupę. Jeden przez drugiego opowiadali, że spotkanie tym razem było bardzo udane (nawet potańczyć mógł, kto chciał), że Bóg jest dobry, a oni bardzo wierzący, że pani (czyli osoba ma własna) też dobra i miła. Kazali mówić do siebie po imieniu, choć na upartego mogliby być moimi dziadkami. W większości to oni mówili, ja słuchałam. Słuchałam z nieukrywanym zaciekawieniem. Niczym Max Kolonko wszystko dobrze wiedzieli "jak jest". Wyrazili swe szczere zdanie o wysłuchanych historiach życiowych opowiadanych przez uczestników ulicznych spotkań. Ujęła mnie konkluzja Wojtka:
"Najbardziej to ja lubię takie normalne historie. Po co tyle o tych morderstwach, więzieniach opowiadać. Czuć, że to sztuczne. Niech mówią - szukałem Boga, znalazłem Go i tyle (...) Niech też nie opowiadają, że Bóg ich znalazł. Bo czy On kiedyś kogoś zgubił?"
Logicznie i sensownie. Tyle mądrości od dwóch jegomości :) Na koniec chwyciliśmy się za ręce we wspólnej modlitwie. Mirek, trochę podchmielony, z ostatkami zupy na długiej brodzie, wykrzyknął radośnie "Chwała Panu!"

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz