Jesiennej inspiracji ciąg dalszy. Wdzięczna jestem Bogu, że mieszkam w tak uroczym miejscu. Na obrzeżach wielkiego miasta czuję się jak w mojej rodzinnej wsi. Choć wieś moja, podlaska jest oczywiście najpiękniejszym miejscem na ziemi! Wielkopolska oswajana przeze mnie już przez 11 lat dziś cieszy moje oko i duszę jesiennymi artyzmami. Wracam z pracy do domu. Wonna lawenda z przesuszonym już mocno kwiatem, bordowy berberys i ognik szkarłatny witają mnie przy furtce. W ciężkiej donicy przy bramie niestrudzenie kwitnie lwia paszcza. Gdy otwieram bramę, ta paszcza uśmiecha się do mnie ostatnimi żółciutkimi kwiatami. Przy ścieżce do drzwi wejściowych aronia rzuca mi pod stopy ostatnie, niezebrane owoce, a suszki na drewnianym, tarasowym stole jak leżały tak leżą niewzruszenie :) Zapraszam w moje progi..
25 wrz 2014
24 wrz 2014
Jesień legalna
Jesień legalnie wtargnęła na moje podwórze. Wczoraj wieczorem zabrałam jej sprzed nosa moje roślinki doniczkowe, które stały na tarasie. Jedna za drugą z tarasu do domu powędrowały: małe drzewko oliwkowe wprost z Izraela, młode sadzonki pomidorów, aloes, żyworódka, mięta, biedaczysko dendrobium, a na końcu ciężki, grubolistny zamioculcas. I dobrze. Jesień tej nocy tchnęła przymrozkiem. Tak nas chłodnie powitała, nieładnie. O poranku po jej oziębłym oddechu pozostał tylko mieniący się w słońcu szron. Wychodząc do pracy, zamykając śpiesznie mokrą furtkę, przypomniałam sobie o postanowieniu. Nadal będę ją lubiła - jesień kolorową, zimną czy ciepłą, pochmurną czy promieniami słońca roześmianą..
I nastał wieczór, i nastał poranek - dzień pierwszy jesieni właśnie za nami.
Poniżej zdjęcia z ostatnich dni lata. Powoli ustępowało, by oddać prym kolejnej porze roku..
12 wrz 2014
Starsi panowie dwaj
Wojtek i Mirek - poczciwcy poznani na spotkaniu kościoła ulicznego. Stali bywalcy. Siedzieli na murku ochoczo zjadając darmową gorącą zupę. Jeden przez drugiego opowiadali, że spotkanie tym razem było bardzo udane (nawet potańczyć mógł, kto chciał), że Bóg jest dobry, a oni bardzo wierzący, że pani (czyli osoba ma własna) też dobra i miła. Kazali mówić do siebie po imieniu, choć na upartego mogliby być moimi dziadkami. W większości to oni mówili, ja słuchałam. Słuchałam z nieukrywanym zaciekawieniem. Niczym Max Kolonko wszystko dobrze wiedzieli "jak jest". Wyrazili swe szczere zdanie o wysłuchanych historiach życiowych opowiadanych przez uczestników ulicznych spotkań. Ujęła mnie konkluzja Wojtka:
"Najbardziej to ja lubię takie normalne historie. Po co tyle o tych morderstwach, więzieniach opowiadać. Czuć, że to sztuczne. Niech mówią - szukałem Boga, znalazłem Go i tyle (...) Niech też nie opowiadają, że Bóg ich znalazł. Bo czy On kiedyś kogoś zgubił?"
Logicznie i sensownie. Tyle mądrości od dwóch jegomości :) Na koniec chwyciliśmy się za ręce we wspólnej modlitwie. Mirek, trochę podchmielony, z ostatkami zupy na długiej brodzie, wykrzyknął radośnie "Chwała Panu!"
11 wrz 2014
Święty Dzień Odpoczynku
Weekend upłynął jak zawsze szybko. Taka już właściwość dni wolnych od pracy. Sobotę mianowałam Świętym Dniem Odpoczynku. Sobota nie chodzi do pracy, a jeśli już coś robi, to z pasją, lekko, bez presji czasu i stresu. Sobota lubi być leniwa. Jest to lenistwo usprawiedliwione, a nawet wskazane. Sobota może chodzić w szlafroku od rana do nocy, może spędzać czas na nieśpiesznej modlitwie, jeździć rowerem, spotykać się z przyjaciółmi, pichcić smakołyki (preferuje te słodkie), wylegiwać się na tarasie, przesiadywać w urokliwych kafejkach, podróżować, marzyć, śpiewać, pisać, czytać, spać.
Moja ostatnia sobota szczególnie wiele mogła. Niedziela próbowała jej dorównać i również nie okazała się gorsza. Poniżej sobota przyłapana nad jeziorem. Pogoda pozytywnie zaskoczyła nas gorącym (jak na lato przystało) słońcem! Dobrze jest odpoczywać w cieple niesztucznego światła. Dusza i ciało ogrzały się i prawdziwie uszczęśliwiły.
Moja ostatnia sobota szczególnie wiele mogła. Niedziela próbowała jej dorównać i również nie okazała się gorsza. Poniżej sobota przyłapana nad jeziorem. Pogoda pozytywnie zaskoczyła nas gorącym (jak na lato przystało) słońcem! Dobrze jest odpoczywać w cieple niesztucznego światła. Dusza i ciało ogrzały się i prawdziwie uszczęśliwiły.
![]() |
| Sobota pływająca w jeziorze (żabką, rowerem wodnym i kajakiem) |
6 wrz 2014
Tam, gdzie rosną granaty
Granat to po pierwsze owoc, po drugie kolor, po trzecie minerał, po czwarte.., a po ostatnie broń. W takiej kolejności. W dobie ostatnich walk na bliskim i bliższym wschodzie kolejność bywa różna, a skojarzenia niejednoznaczne.
Granat, całkiem niegranatowy, to mój ulubiony owoc. Wszędzie tam, gdzie moja noga stanęła, a dusza westchnęła z wrażenia, były też granaty. Chorwacja, Izrael, Cypr.. czyli kraje śródziemnomorskie i Bliski Wschód - tam, gdzie klimat suchy i gorący.
Zatrzymam się na chwilę przy Cyprze. To kraj, w którym przebywają moi bliscy, miejsce niemalże corocznego odpoczynku, wielkiego i małego błękitu, przyjemnego szelestu twardych liści palm, cudownych małych uliczek ciągle jeszcze nieprzystosowanych do zmotoryzowanej współczesności. Ciężkie granaty (o tak!), dorodne winogrona, słodkie pomarańcze leżące to tu, to tam przy drogach, przystankach, chodnikach.. Cypr przypomina mi Izrael, taki Izrael bez religijno-politycznego balastu. W swoim rozleniwieniu i beztrosce jest jak kot wylegujący się całymi dniami na słońcu. Tak inny od naszej polskiej mentalności, przyjemnie obcy, jeden z najwłaściwszych na udane wakacje. Kraj ubrany w barwy, które kocham. Turkus, błękit, złoto, khaki, beże poprzeplatane zielenią.
Od dwóch (może trzech?) lat część września spędzałam po tej ciepłej stronie świata. Właśnie wybił kolejny wrzesień. W mojej duszy zadzwonił jakiś wewnętrzny budzik .. czas na podróż, odpoczynek, czas na Cypr. Niestety w tym roku urlop wykorzystałam dużo wcześniej. Teraz trzeba wytrwać jakoś, pocieszyć się słońcem, już nie letnim, jeszcze nie jesiennym. Teraz trzeba wsiąść na rower i pojechać polną drogą przed siebie, trzeba zadbać o ogródek szykujący się do zimowego snu (kolor liści borówki amerykańskiej właśnie nabiera cudownych barw głębokiej czerwieni). Trzeba poszukać piękna tu gdzie jestem, gdzie wszystko wydaje się znane, oswojone, przewidywalne.
Moje pomidory (już zjedzone)
Ogródek przed domem
Ogródek za domem
Droga do pracy (drzewa piękne, wiekowe)
Kilka dni temu podjęłam decyzję, że polubię naszą polską złotą jesień. To pora roku, która cierpiała niezasłużenie, obwiniana przeze mnie za to, że lato odeszło. Z drugiej strony, nie zawsze bywała taka złota, jak ją określają. Jakakolwiek by nie była, postanowiłam przebaczyć i cieszyć się każdym jej przejawem. Jesień - strojna w kolory, doprawdy żadna inna (pora roku) tobie nie dorówna! Królewska purpura, krwista czerwień, złoto, heban, tycjan, wrzos.
A gdy zachwycające kolory przesłoni szarość ulewy, będę cieszyła się jesienią w domu, przytulnie, pod kocem. Popijając ciepłe kakao przeczytam polecaną mi przez moją ukochaną, niemalże cypryjską siostrę opowieść Lawrence'a Durrell "Gorzkie cytryny Cypru".
Grafikę wzięłam z: http://ksiazkowodolne.blogspot.com/2011/07/gorzkie-cytryny-cypru-lawrence-durrell.html
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)








































