27 lis 2015

Herrnhut. Historia niewygasła.

Za mną kilka dni urlopu, przede mną sporo pracy.. aż do świąt, na które teraz już tylko czekam. W ostatni weekend wraz ze znajomymi znowu odwiedziliśmy Herrnhut. Miejscowa wspólnota chrześcijańska [przy tzw. Jesus Haus] zorganizowała 100 godzin nieustannej modlitwy i uwielbienia [uwielbienie czyt. wyrażanie swojej czci i miłości do Boga poprzez śpiew, granie i taniec]. Przyjachało wiele grup muzycznych z różnych stron świata, było wielokulturowo, wielodenominacyjnie, wielopokoleniowo. Ale cel był jeden i jedno serce :)


Herrnhut (znane także jako czeskie: Ochranov) jest miejscowością godną szczególnej uwagi. Dotrzeć jest tam bardzo prosto, gdyż znajduje się jedyne 30 km od przejścia granicznego Gorlitz - Zgorzelec. Herrnhut to miejscowość założona w 1722 roku w dobrach hrabiego Zinzendorfa (Nikolaus Ludwig von Zinzendorf) przez kilku braci morawskich uciekających przed prześladowaniami mającymi miejsce w Czechach. Był to okres masowego opuszczania Czech przez represjonowanych protestanów w poszukiwaniu wolności religijnej. Posiadłość hrabiego Zinzendorfa stała się schronieniem dla niedużej grupy tych emigrantów. Stąd też zapewne i sama nazwa miejscowości, gdyż Herrnhut przetłumaczyć można jako "straż Pańska" lub "pod opieką Pana".

Historię duchowego przebudzenia w Herrnhut oraz jego póżniejszego szerokiego wpływu zaczerpnęłam ze strony Instytutu Rozwoju Didaskalos:

Przełomowym dniem w historii tej miejscowości był 13 sierpień 1727 roku.  W czasie pamiątki Wieczerzy Pańskiej mieszkańcy doświadczyli wylania Ducha Świętego, podobnie jak pierwszy kościół w Jerozolimie w dniu Zielonych Świąt. W wyniku tego błogosławieństwa od Boga nastąpiła przemiana życia miejscowości widoczna w jakości życia jego mieszkańców oraz ich gorliwości w modlitwach. Powołano straże (grupy) modlitewne, które na zmianę modliły się przez 24 godziny na dobę. Modlitwa ta trwała przez ponad 120 lat.

Wkrótce u tych ludzi zrodziło się wielkie pragnienie wstawiania się o ludzi w innych krajach, którzy nie słyszeli jeszcze Ewangelii Jezusa Chrystusa, bądź nigdy go nie doświadczyło w osobistym życiu. W ciągu następnych lat wysłano setki misjonarzy na wszystkie kontynenty. Powstały liczne pieśni, wydano pierwszy protestancki śpiewnik, dzieła, przewodniki do studiowania Biblii przetłumaczone na kilkadziesiąt języków i wykorzystywane przez różne kościoły protestanckie. Herrnnhut stało się znane w świecie jako miejsce pierwszej protestanckiej wspólnoty chrześcijańskiej organizującej misje po całym świecie. (...)

Ruch przebudzeniowy zrodził Kościół Morawski (Bracia Morawscy, Moravian Church), wpłynął na nawrócenie ojców Kościoła Metodystycznego Jana i Karola Weslejów i był źródłem ewangelickiego przebudzenia w Anglii. Ruch ten był przykładem życia, poświęcenia, wytrwałości i heroizmu dla licznch kościołów w XVIII wieku i w następnych pokoleniach. Nawet życie wspólnoty było inspiracją i wzorem dla powstania i istnienia izraelskich kibuców. Nie sposób opisać w kilku zdaniach o ważności i wydarzeniach, które miały miejsce, a są spisane w wielu tomach ksiąg.


Sam hrabia jest niezmiernie interesującą postacią. Wychowała go babcia, kobieta o poglądach pietystycznych (pietyzm). Miała duży wpływ na rozwój duchowy wnuka. Hrabia, pomimo zakończonych studiów prawniczych, a natępnie pracy na stanowisku radcy na dworze drezdeńskim, wybiera poświęcenie się pracy duszpasterskiej w społeczności braci morawskich w Herrnhut. Niestety działalność tej chrześcijańskiej grupy nie była mile widziana, szczególnie przez władze ortodoksyjnego koścoła ewangelicko-luterańskiego, jak i przez otoczenie króla, na ktorego rozkaz Zinzendorf musiał sprzedać swój majątek i opuścić kraj. Hrabia przekazał majątek żonie, a sam udał się w podróż życia wiodącą przez Stralsund, Tybingę, Anglię aż do Ameryki (tam pozanał Johna Wesleya). Po drodze pracował jako nauczyciel, później jako pastor, zakładając liczne protestanckie wspólnoty. Wiele lat później tułaczka w końcu się skończyła, gdyż rząd pozwolił mu powrócić do domu. Tam spotkania braci morawskich przerodziły się już w silny ruch misyjny.

pan hrabia
Więcej o historii miasta Herrnhut, jego duchowym przebudzeniu oraz hrabim Zinzendorf przeczytać można w książce John'a Greenfield "Moc z wysokości". Zaczerpniętym z niej cytatem zakończę moje opowiadanie:


„Ochranov [Herrnhut] stał się duchowym miastem leżącym na górze, które nie mogło pozostać w ukryciu. Ze wszystkich krajów Europy przybywali tutaj ludzie, aby znaleźć zbawienie, bądź zostać ochrzczonym Duchem Świętym.”









7 lis 2015

Zmęczenia

Każdy ma swoje zmęczenie. Dla każdego własne zmęczenie wydaje się największe, choć dobrze wiemy, że tłumy ludzi mają w życiu dużo trudniej. Czasami po prostu potrzebujemy się nad sobą porozczulać. Pozwólmy sobie i innym na to. Niech z nas to spłynie. A spływa najlepiej w ciepłym słowie bliskiej osoby, przytuleniach akceptacji, aprobaty i zrozumienia. Serce lubi być czasem wyżalone i wysłuchane, lubi sobie popłakać nie ukrywając łez. Najgorszym "lekarstwem" na zmęczone serce jest przyjaciel z misją udowadniania nam stanu odmiennego... że nie jest jeszcze tak źle, że trzeba się ogarnąć, bo ludzie mają dużo gorzej (np. tenże przyjaciel)... 

Dziś młody, nieznajomy mężczyzna ustąpił mi miejsce w kolejce w sklepie spożywczym. Zrobił to z tak serdecznym uśmiechem, że wychodząc ze sklepu wzruszyłam się do łez... Zmęczenie jest głodne serdeczności i zrozumienia.

Jadąc do pracy myślałam o jesieni. Jesień to stan przejściowy, stan przygotowania do odpoczynku. Przez ponad dwa sezony przyroda pracowała niestrudzenie, teraz nawet ona potrzebuje odpocząć. 

A z nią rolnicy. Pamiętam czas dzieciństwa, kiedy mieszkałam z dziadkami - rolnikami. Wiosną i latem dziadek z babcią od świtu do nocy byli na nogach. Dzień rozpoczynał się nierzadko o czwartej nad ranem. Najpierw wyprowadzanie krów na pola, dokarmianie drobiu podwórkowego, potem babcia zabierała się za przyrządzanie śniadania. Dziadek już zaprzęgał konia, aby zaraz po posiłku wskoczyć razem na wóz i jechać na pole. Koń zazwyczaj sam znał drogę, więc mogli sobie jeszcze dospać na furze. Jesienią zbiory i słoiki na zimę, ale już noce były nieco dłuższe. Nie narzekali. Niestrudzenie całymi, pracowitymi dniami doglądali roli, trzody i domu. Tempo życia dyktowała przyroda. Gdy w końcu zabierała się do zimowego odpoczynku, dawała odpocząć i dziadkom. Wtedy pozostawało tylko dokarmianie zwierzyny, dojenie krówek, dziadek mógł sobie spokojnie pomajsterkować, babcia robiła na drutach lub piekła drożdżowe bułeczki (o, jak tęsknię za tym czasem!). Byt zimowy wiódł się powoli, dawał się wyspać pod ciepłą pierzyną, nacieszyć rodziną i domem. Lubiłam zimę, bo przyprowadzała wszystkich do domu, łącznie z sąsiadami i podwórkowymi kotami.

Mój byt zimowy, czy też letni niezmiennie taki sam. 

Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem:

Jest czas rodzenia i czas umierania, czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasądzono, czas zabijania i czas leczenia, czas burzenia i czas budowania, czas płaczu i czas śmiechu, czas zawodzenia i czas pląsów, czas rzucania kamieni i czas ich zbierania, czas pieszczot cielesnych i czas wstrzymywania się od nich, czas szukania i czas tracenia, czas zachowania i czas wyrzucania, czas rozdzierania i czas zszywania, czas milczenia i czas mówienia, czas miłowania i czas nienawiści, czas wojny i czas pokoju. 

Cóż przyjdzie pracującemu z trudu, jaki sobie zadaje? Przyjrzałem się pracy, jaką Bóg obarczył ludzi, by się nią trudzili. Uczynił wszystko pięknie w swoim czasie, dał im nawet wyobrażenie o dziejach świata, tak jednak, że nie pojmie człowiek dzieł, jakich Bóg dokonuje od początku aż do końca.

Poznałem, że dla niego nic lepszego, niż cieszyć się i o to dbać, by szczęścia zaznać w swym życiu. Bo też, że człowiek je i pije, i cieszy się szczęściem przy całym swym trudzie - to wszystko dar Boży. 

Ks. Koh. 3;1-13





2 lis 2015

szare poranki


październikowy szary poranek na przystanku autobusowym



Z czasem dojrzewamy do zauważania piękna szarych poranków - pomyślałam stojąc na przystanku autobusowym w drodze do pracy. Szare poranki są ciche i pokorne. Nie narzucają się ze swoim pięknem, nie błyszczą w blasku silnych słonecznych promieni, ani nie stroją w jaskrawe kolory. Po prostu są. Znoszą nas - narzekających na zimno i deszcz, nas zaspanych i osowiałych. Zamiast patrzeć na czubki swoich butów podnieśmy wzrok, popatrzmy w dal, przywitajmy się z nimi. Odwdzięczą się widokiem mgły tajemniczo unoszącej się nad ziemią, muśnięciem wiatru we włosach lub kroplą deszczu na policzku. Czy możemy się zaprzyjaźnić? Możemy, oczywiście.