Minęło kilka dziwnych lat. Mieszkam nad morzem. Kiedyś to musiało nastąpić, woda zawsze mnie przyciągała. Przyzwyczaiłam się już do tego bezmiernego, błękitnego horyzontu, do głośnych mew i morskich wczasowiczów w letnim sezonie. Ale nadal nie przyzwyczaiłam się do samotności.
Jestem czterdziestoletnim drzewem, którego konary nadal jeszcze bujają w obłokach. Lecz korzenie mocno wrosły w bezpieczną przestrzeń, którą znalazły w Poznaniu. Nie zdawałam sobie sprawy jak mocno. Gdybym wiedziała, że będzie tak trudno osiedlić się w nowym miejscu, nie wiem, czy podjęłabym taką decyzję. Moje korzenie przyjaźni, braterstwa, przywiązania boleśnie poszarpane - goją się już kolejny rok.
Samotność jest straszną chorobą. Ściska serce i zostawia bez chęci do życia. Jesteśmy stworzeni do relacji i miłości. Jak to powiedziała jedna z bohaterek Ani z Zielonego Wzgórza: "dobrze jest być komuś potrzebnym". Samotność zatrzymuje nas w czasie. A to bardzo niedobrze przez wiele lat pozostać w jednym miejscu, podczas gdy ludzie wokół przemierzyli już kolejne pory swojego życia. Patrzę na dawne dzieci, które mają dzieci. Czuję się stara a zarazem bardzo młoda. Jakbym zestarzała się w dziecięcym ubraniu. I tak w nim tkwiła, będąc powodem uśmiechów lub podejrzeń.
Mój mąż i dzieci - wszyscy odeszli zanim się narodzili. Czy powrócą?
Wtedy zapytał mnie: Synu człowieczy, czy te kości ożyją?
Odpowiedziałem: Wszechmocny PANIE, Ty wiesz.